Zastanówcie się czy naprawdę chcecie mieszkać w wieżowcu. Dlaczego nie cierpię swojego mieszkania - część I

Dlaczego nie cierpię swojego mieszkania? Może się to Wam wydać dziwne ale nie znoszę go z wielu powodów, a z roku na rok jest gorzej. Co raz bardziej cierpię z tego powodu, zagryzam zęby i marzę o jak najszybszej wyprowadzce. Choć w praktyce będzie ciężko, jednak do zrobienia ale o tym kiedy indziej ;)



Mamy własne mieszkanie od 6 lat ale gdybym miała ten rozum, a tamte lata, to bez wahania wybudowalibyśmy się!

Od kilku lat mam dość mieszkania w wieżowcu, ciągłe remonty sąsiadów, kilku miesięczny remont windy, potem jednak wymiana (dwóch) która trwała rok. Potem wymiana instalacji, wymiany okien przez sąsiadów, wymiana elewacji i co tam jeszcze sobie we wspólnocie wymyślą. Do tego muzyka, często i gęsto po godzinie 23, 1, 2, a nawet 3 w nocy, która jest ciężka do zlokalizowania gdy ma się nad sobą 10 pięter.  Dają mi nieźle w kość...
Wiosną i latem ratuję się ucieczką z domu, jesienią i zimą jest troszkę gorzej, a najgorzej gdy człowiek się rozchoruje i potrzebuje ciszy i spokoju. Albo gdy dzieciaki są chore, człowiek nie śpi w nocy, a za ścianą sąsiad robi w żelbetonie szwajcarski ser.
Gdy kupowaliśmy mieszkanie nie braliśmy pod uwagę liczby sąsiadów. Liczyła się lokalizacja, bliskość przychodni, sklepów, szkoły, okolica oraz oczywiście cena. 

Pamiętam to podekscytowanie gdy oglądaliśmy mieszkanie, rozmawialiśmy z właścicielką, że cicho, spokojnie, ciepło i co roku są zwroty za ogrzewanie, no i napaliliśmy się jak szczerbaty na suchary. Minusem dla mnie była mała kuchnia ale marzenie nasze o własnym kącie było na wyciągnięcie ręki. To nic. Dam radę myślałam, nie jestem zwolenniczką gotowania. Tylko do głowy mi nie przyszło, że dorobię się dwójki dzieci, a mężczyźni moi pokochają jeść, a ja się wezmę za gotowanie.

W ciągu roku od zamieszkania nie działo się prawie nic, zrobiliśmy szybki remont, na tyle na ile nas było stać. Mieszkaliśmy przez pewien czas w jednym pokoju ale spoko bo to 26m2, a Pierworodny nie miał dwóch lat. Kuchenkę przez pewien czas miałam turystyczną i stała na stole w przedpokoju. Pokój dziecięcy to była graciarnio-złomiarnia, nawet stała tam lodówka. To wszystko nic, bo to w końcu nasze, a nie wynajmowane. Nie za duże, bo niespełna 50m2 ale nasze! Wyremontowane własnymi siłami. Od czasu wprowadzenia się w październiku do grudnia skończyliśmy prawie wszystko, włącznie z pokojem dziecięcym. Podczas dni gdy zbijaliśmy stare kafle w kuchni i wierciliśmy, wieszaliśmy kartkę, że będzie głośniej ze względu na remont i skończymy wiercenie w godzinach które przewidziane są w regulaminie wspólnoty. Raz pan od sprzątania zwrócił nam uwagę, że worek był dziurawy i sypał się tynk po podwórku robiąc ścieżkę do śmietnika. Spoko. Przeprosiliśmy, posprzątaliśmy. 

Na początku musiałam przyzwyczaić się, że słyszę jak sąsiad wali bąki w wannie, czasem gdy kichnął w łazience odruchowo człowiek mówił na zdrowie. Dziwne, to jakieś ale TAK, nie miałam zielonego pojęcia, że będzie tak wszystko piekielnie słychać. 
Sąsiedzi z góry okazali się alkoholikami-awanturnikami. No cóż, takie mamy szczęście i wszędzie gdzie mieszkaliśmy sąsiedzi z góry tłukli się po alkoholu. Tu jest troszkę gorzej, bo sąsiad się wkurza i wychodzi, potem żona nie chce go wpuścić i tarabani domofonem. Jak już dostanie się na klatkę, to tarabani kolejnym domofonem (każde piętro oddzielone jest drzwiami z domofonem), a gdy już wejdzie to wali w drzwi. Nie raz całą noc. Policja była kilka razy ale o tym zaraz, napiszę też dlaczego już jej nikt nie wzywana. Sąsiedzi obok, a jest jeszcze 5 mieszkań przestali reagować, po tym jak doszło do kilku bójek. Zwyczajnie czekamy aż sąsiadom przejdzie. 

Kolejną ciekawostką było dla mnie wyrzucanie mebli przez okno. Na początku wkurzałam się że lecą pety i butelki, jajka i torebki pełne różnych rzeczy. Wiadomo mieszkam na parterze, pod oknem mam kawałek trawnika + parking, na którym kilka lat temu było sporo miejsca do parkowania. Szoku doznałam pewnego dnia gdy będąc w domu coś spadło. Bałam się podejść do okna. Był to czas gdy w wiadomościach przewijały się informacje, że ktoś wyskoczył z wieżowca. Po jakimś czasie przemogłam się i wyjrzałam bo pomyślałam, że może trzeba będzie wezwać policje/pogotowie, a ludzie o tej porze są w pracy. No i moim oczom ukazała się rozpieprzona komoda. Zarejestrowałam sobie w głowie, że lepiej nie wychylać się przez okno i nie wchodzić na trawnik, bo można czymś oberwać. 

Wracając do wzywania policji, to sąsiedzi po libacji alkoholowej byli bardzo głośni, przewracali meble, aż w końcu ktoś zaczął krzyczeć, że ktoś kogoś morduje. Byliśmy roztrzęsieni, Ojciec chciał iść ale zabroniłam mu. Wezwaliśmy policję. Było bardzo późno, Pierworodny już smacznie spał, po dłuższym czasie od telefonu, nagle zadzwonił domofon. Otworzyliśmy go raz, a potem drugi. Do naszych drzwi zapukało dwóch policjantów. Ojciec wdał się w rozmowę, a panowie przyszli najpierw do nas, bo to my wzywaliśmy i chcieli żeby ich zaprowadzić i pokazać gdzie mordują. Także było ciekawie. 

Oczywiście to nie koniec rewelacji i opowieści o mieszkaniu w wieżowcu.

CDN...

Pozdrawiam!

Paulina

4 komentarze:

  1. Oooo matko, to faktycznie bardzo nieciekawie. Ja póki co mieszkam w bloku, ale na szczęście na samej górze, więc tych różnego rodzaju odgłosów mam trochę mniej, jednak i tak marzę o własnym domu pod miastem.
    Pozdrawiam i życzę dużo sił w walce z codziennością :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, siły jak najbardziej potrzebne ;)

      Usuń
  2. Dobrze, że ja nie mieszkam w blogu/wieżowcu itp. Cieszę się ze zwykłego domu z kawałkiem własnego podwórka. Nie muszę znosić tego wszystkiego, co tu opisane w notce.
    Oczywiście mam znajomych, co mieszkają w kamienicy i mają utrapienie. Np. coś się zepsuje, a wspólnota ma to gdzies ;/ albo przychodzą z naprawą po tygodniu. Również zdarza się u nich, że ktoś hałasuje, ale nie często. No, ale latających rzeczy z okna to nie mieli ... raczej nie rozumiem jak co niektórzy mogą wyrzucać cokolwiek przez okno, gdy mogą komuś niechcący krzywdę zrobić. Powinni chociaż jakoś odgrodzić miejsce lądowania rzeczy aby nikt czasem tam nie wszedł.
    Ludzie sa różni ... a i minusem mieszkania w bloku jest to, że czasem nie mozna miec psa bo to drażni sąsiadów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zazdroszczę trochę tego kawałka podwórka ;) Co do sąsiadów, to w wieżowcu mieszka jeszcze kilka patologicznych sąsiadów, którzy lubią sobie wypić. Stąd te różne rzeczy wyrzucane przez okna. U mnie nic nikogo nie drażni, jest ogólnie przyjęty "mam to wdupizm" i nikt się nikim nie przejmuje. Ale o tym poczytasz kiedy indziej.

      Usuń

Dziękuję za każdy komentarz pozostawiony na blogu :)
Staram się na wszystkie na bieżąco odpowiadać.

O mnie

Moje zdjęcie

Matka dwójki urwisów, szczęśliwa żona i spełniona kobieta. 

Z miłości do... wszystkiego co piękne i kobiece.

Z miłości do... pasji, książek, zakupów, dobrego kina, pysznego jedzenia, dbania o siebie.

Z miłości do... mojego małego świata <3

Google+ Followers

Obserwatorzy

Copyright © 2014 Z miłości do.... lifestyle , Blogger