Filmowy czwartek czyli Victor Frankenstein

Filmowy czwartek czyli Victor Frankenstein

W ostatni czwartek zabrakło postu filmowego dziś go zabraknąć nie może, bo wiele osób się dopytuje czy będzie. Dziś kino dla osób, które lubią XVII wieczne klimaty.

Victor Frankenstein 



Gatunek: Dramat, Horror

Czas trwania: 1 godz. 50 min

Produkcja: USA

Filmweb: 5,8/10

Rok produkcji: 2015 

Film właściwie opowiada losy Igora, którego uwolnił z cyrkowej niewoli Victor. 
Igor był garbatym chłopcem, a jego ułomność bawiła gawiedź. Doktor nie dość, że wybawił go z niewoli, wyleczył, to przygarnął również pod swój dach i nauczał tajników medycyny. Wspólnie ożywili pierwszego człowieka poskładanego z części różnych osób. 


Jest to klimatyczne kino z interesującą opowiedzianą historią. Oczywiście są ciekawe wątki, trochę akcji ale również klimatycznej i ciekawej. Wyraziste, lekko szokujące kino z dobrą grą aktorką. Niestety według mnie film został znów źle sklasyfikowany, gdyż nie jest to żaden horror. Idealnie dobrany aktorski duet Radcliffe i McAvoy, który fajnie się uzupełnia i dobrze odgrywa swoje role. Dobrze nakręcony, rozwija trochę bardziej historię doktora Frankensteina. Jeśli ktoś lubi londyński stary klimat, zadymione ulice, to film dla niego.

Jeśli macie ochotę na ten film, to bez limitów i rejestracji znajdziecie go tu KLIK.
Oczywiście trzeba zamknąć wyskakujące okienka z reklamami.

Pozdrawiam!

Paulina
Małe podsumowanie czerwca - zdjęcia

Małe podsumowanie czerwca - zdjęcia

Czerwiec zleciał nim się obejrzałam... Ostatnie dni szkoły Pierworodnego i ciężko było podnieść tyłek z wyra. Jedyną motywacją była myśl, że to już koniec, że zaraz, za momencik będą wakacje. Jakoś zleciało. Pogoda była w kratkę, gdy tylko wyszło słońce korzystaliśmy. W dniu zakończenia roku szkolnego pogoda się popsuła. Ostatnie dni czerwca, to było totalne nieporozumienie. Deszcz, burze i wiatr. No ale kto by chciał o tym czytać ;)

Zapraszam Was obejrzenia fajnych zdjęć. Gotowi?

1 czerwca - Dzień Dziecka. Dzieciaki zaskoczone, bo Matka jest antyfastfoodowa. Więc była to dla nich ogromna niespodzianka. Polecieliśmy też na spacer i obiecane karmienie kaczek, a Pierworodny zaprzyjaźnił się z gołębiem. Było chłodno aczkolwiek przyjemnie.







Pierwszy weekend czerwca spędziliśmy na wypadzie do galerii handlowej w której miały być różne atrakcje oraz najważniejszy punkt programu Minionki. Powiem, Wam żeby był to jeden wielki niewypał. Dzieciaki zadowolone bo dostały balony za którymi się nachodziliśmy, bo galeria dwupiętrowa. I tak się ganialiśmy za tymi balonami, bo co my w jedną stronę, to pani z balonami w drugą. Nie czekaliśmy w ogromnej kolejce do zdjęcia, tylko z boku zrobiliśmy na pamiątkę fote postaci. Kostiumy genialne. Tego dnia umówiliśmy się z przyjaciółmi w galerii, a później zaprosiliśmy do domu na obiad, więc dzieciaki bawiły się w swoim gronie, a my w swoim. 





Matka wylądowała u fryzjera, bo zaczęła pod względem fryzury przypominać Hobbita. Choć teraz w połowie lipca mam dylemat. Facebook udostępnił mi wspomnienia w których miałam fajne, długi włosy... 




11 czerwca - termometr był rozgrzany prawie do czerwoności ;)



Udało mi się w ciągu dwóch wieczorów do kończyć książkę. Normalnie szaleństwo. Jednak jak dla mnie jest to lektura na raz, więc pójdzie dalej w świat. Bo nie zamierzam trzymać jej na półce.


Były wypady na place zabaw, wycieczka do lasu gdy tylko przestało padać. Bawiliśmy się na zamku w Noc Kupały, odwiedziliśmy fontannę grającą. Której lata świetności był 9 lat temu. Teraz tylko świeci... Szkoda, że została tak zaniedbana, bo wielu turystów czekało na pokaz z muzyką. Udało się pojechać na grilla i to nie raz. Wyruszyliśmy też zwiedzić kilka wsi i zielonych terenów w celu poszukiwania szczęścia. Kiedyś Wam o tym napiszę.

















Porobiłam tyle zdjęć, że miałam dylemat co wybrać. Mam nadzieję, że lipiec będzie bardziej udany i stabilny pogodowo. 

Pozdrawiam! 

Paulina
ZASTANÓWCIE SIĘ CZY NAPRAWDĘ CHCECIE MIESZKAĆ W WIEŻOWCU. DLACZEGO NIE CIERPIĘ SWOJEGO MIESZKANIA - CZĘŚĆ III

ZASTANÓWCIE SIĘ CZY NAPRAWDĘ CHCECIE MIESZKAĆ W WIEŻOWCU. DLACZEGO NIE CIERPIĘ SWOJEGO MIESZKANIA - CZĘŚĆ III

Sąsiedzi, ach sąsiedzi. To tylko wierzchołek góry lodowej jeśli chodzi o minusy mieszkania w wieżowcu. Myślałam sobie, że fajne będzie, że mieszkając w takim molochu jest się anonimowym. Wiecie nie ma plotek (aha!), bezczelnego wściubiania nosa w nieswoje sprawy. Jednak na dłuższą metę nie jest to takie fajnie. Panuje ogólna znieczulica, olewanie, uprzykrzanie sobie życia, a chłodem wieje na kilometr. Sąsiadów na piętrze mam kilku, jak już wspominałam, 5 mieszkań oprócz swojego. Znam 3 osoby z którymi jestem na dzień dobry, nowych sąsiadów widziałam plecy, więc nie liczy.




Ludzie wchodzą i wychodzą nie mówiąc sobie dzień dobry, a na dzień dobry nawet nie odpowiadają. Nic kompletnie, nawet pocałuj się w dupę. Nie ważne czy młodsi czy też starsi, milczą jakby im kto języki powyrywał. Zero jakiejś takiej serdeczności, uśmiechu, skinięcia głową. Już nie wspomnę o  trzymaniu sobie drzwi. Nawet ciężko niektórym dupsko ruszyć, gdy stoją przy windzie, a człowiek chce wyjść z wózkiem z parteru. Jest tylko przewracanie oczami, że akurat teraz mi się chciało wyjść.

Sąsiadkę z pod numeru 1 miałam okazję poznać gdy zwracałam jej uwagę o wypuszczanie psa na klatkę. Owa pani notorycznie otwierała drzwi od mieszkania i wypuszcza psa, czekając aż go ktoś wypuści przez drzwi od klatki i drzwi wejściowe. Nie wytrzymałam gdy pewnego poranka zaraz po wyjściu Ojca z domu (wychodzi po 6) chciałam się położyć i jeszcze pospać. Bąbel jako niemowlak dawał w nocy do wiwatu. Dzieciaki spały, a psiak szczekał, szczekał i szczekać nie przestawał. Ubrałam się w szlafrok i wystartowałam. Pukałam, waliłam, zaczęłam tłuc pięścią w drzwi. Sąsiadka oburzona, że musi się ubrać odkrzyknęła, że zaraz otwiera. Po chwili czekania otworzyła z pretensjami, że co mi pies przeszkadza i powinnam mu drzwi otworzyć i wypuścić na dwór, wtedy nie będzie szczekał. Zagotowałam się, postraszyłam strażą miejską i wróciłam do mieszkania. O spaniu już nie było mowy.

Druga akcja z tą sąsiadką była mniej przyjemna, bo zwyczajnie nie wytrzymałam i powiedziałam jej kilka niemiłych słów. Teraz się sobie kłaniamy i jak nas widzi to drzwi przytrzyma. Już Wam piszę o co poszło.

Wracałam sobie z Pierworodnym ze szkoły, Bąbel w wózku, wiało okropnie. Sąsiadka od psa nas wyminęła, Pierworodny pobiegł za nią i ją dogonił by przytrzymać drzwi, a ta bezczelnie drzwi mu przed nosem zamknęła. Myślę sobie czekaj babo, ja ci dam. No i jej pech chciał, że ją dopadłam. Wniosłam wózek po schodach gdy ta męczyła się z wpisywaniem kodu, i już chciała nam centralnie zatrzasnąć drugie drzwi od korytarza przed nosem, gdy je złapałam. Byłam tak piekielnie wściekła, że się zapytałam czy jej nikt kultury nie nauczył i czy jest ślepą idiotką. 
Odburknęła, że nas nie widział. Serio? Jak można dziecku zamknąć drzwi przed twarzą gdy, to te drzwi trzyma za klamkę. Rzuciłam jakiś tekst o chamie, którego w tej chwili nie pamiętam, a tamta się obruszyła że ją wyzywam. To by było na tyle. Terapia wstrząsowa zadziałała, ona nam drzwi trzyma, my jej. Doszłam do wniosku, że czasem trzeba sąsiada opierdzielić żeby ten się ogarnął, bo sam nie jest.

Wścibska sąsiadka z piętra X. Mamy taką panią, niby miła, sympatyczna. Co rusz stoi przy skrzynkach pocztowych, zadając durne pytania. Na początku odpowiadałam z grzeczności teraz mówię, że nie mam czasu. 
- A dostała pani rachunek za prąd? 
- A dostała pani rachunek za gaz? 
- A podwyżka czynszu była? 
- A to mieszkanie własnościowe czy od państwa dostaliście?
- Dzidziuś się urodził?
- A gdzie ma pan pieska? Akurat, to pytanie Ojcu zadała, gdy pies nam zdechł. Odpowiedział, że go zjedliśmy. Teraz go o nic nie pyta. Za to ja uciekam z uśmiechem na ustach, bom zalatana.
Choć w szoku byłam, jak kiedyś, raz zapukała nam do drzwi ( tyle mieszkań, a ta mnie znalazła), bo prąd wysiadł z zapytaniem czy ja też nie mam.

Sąsiedzi z pod numeru 6. Notorycznie palą na klatce schodowej, gdzie wisi zakaz palenia. Mało tego mają balkon (nie taki jak mój mikro, zwany potocznie rzygownikiem). Wychodzą na klatkę i fajczą. Nawet okna nie raczą otworzyć, więc nie raz jak buchnie dymem to jest masakra. Na straż miejską dzwoniłam ale zanim ci dupsko ruszyli, to tamci zdążyli w ogóle wyjść z domu. Zemściłam się dwa razy. Oj tak, jestem wredna. Mówiłam, tłumaczyłam, we wnęce wózek zostawiałam ale capił strasznie, musiałam go trzymać w domu, na przedpokoju. Któregoś dnia nadarzyła się okazja, że zostawili paczkę papierosów na parapecie. Więc ją z tego parapetu, otwierając okno by przewietrzyć wywaliłam. Dwa razy. Jak palili, tak palą, a ja im te paczki jak tylko przyuważę wyrzucać będę. Nie kłaniamy się sobie. Oni wiedzą, że to ja ale nie mają w sobie cywilnej odwagi by się odezwać. Nie mieli też odwagi by przeprosić, powiedzieć że palić nie będą albo że będą, bo im się tak podoba. 
Żeby nie było, ja nie jestem święta, bo sama paliłam jak się wprowadziliśmy do wieżowca ale było mi zwyczajnie wstyd stanąć na klatce by palić. Tym bardziej, że wiszą karteczki, że może to komuś przeszkadzać i do jasnej cholery to jest dobro wspólne. Wychodziłam pod blok, a peta gasiłam na betonie, sprawdzając czy się nie tli i wrzucałam do kosza. Dla mnie to normalne, a niektórych jednak nie nauczyli kultury. Tak samo było z kłanianiem się ludziom. Mówiłam dzień dobry wszystkim, tego samego uczę swoje dzieci. Teraz kłaniam się tylko starszym osobą, które niestety nie zawsze odpowiadają ale staram się dać dobry przykład dzieciom. 

Jeśli chcecie poczytać CZĘŚĆ I znajdziecie ją tu KLIK, a tu CZĘŚĆ II KLIK.

Macie może sąsiadów, którzy strasznie Was wkurzają? 

Pozdrawiam

Paulina



Jarhead. Żołnierz piechoty morskiej czyli filmowy czwartek

Jarhead. Żołnierz piechoty morskiej czyli filmowy czwartek

Dziś dość późno ale nie może zabraknąć postu filmowego, mam nadzieję, że nie zawiodę Waszych oczekiwań i skusicie się na polecone kino.

Jarhead. Żołnierz piechoty morskiej.




Gatunek: Dramat, Wojenny

Czas trwania: 2 godz. 3  min

Produkcja: USA, Niemcy 

Filmweb: 7,4/10

Rok produkcji: 2005 

Dwudziestoletni Swoff zaciąga się na ochotnika do oddziałów marines. Rzeczywistość jaką tam zastaje nijak pokrywa się z jego marzeniami. Gdy w Kuwejcie wybucha wojna oddział Swoff'a zostaje przetransportowany do Arabii Saudyjskiej. Tam mimo trwającej wojny, największą stawką są pola naftowe. Jarhed, to najlepsi z najlepszych.




Film jest pewnego rodzaju reportażem z wojny z 1991 roku w Zatoce Perskiej. Czasem w zabawny i groteskowy sposób ukazuje życie żołnierzy podczas misji. Muszą zachować doskonałą kondycję, więc każdy dzień poświęcają na treningi, niekiedy dopada ich nuda, bezsilność, tęsknota. Największym marzeniem jest walka, a największą walkę toczą sami ze sobą. Bo być na wojnie i nie oddać ani jednego strzału jest prawdziwym szczęściem.

Jeśli nie mieliście okazji oglądać tego filmu, to bez limitów i rejestracji znajdziecie go tu KLIK

Pozdrawiam!

Paulina
Zastanówcie się czy naprawdę chcecie mieszkać w wieżowcu. Dlaczego nie cierpię swojego mieszkania - część II

Zastanówcie się czy naprawdę chcecie mieszkać w wieżowcu. Dlaczego nie cierpię swojego mieszkania - część II

Pamiętacie ten wpis "Zastanówcie się czy naprawdę chcecie mieszać w wieżowcu. Dlaczego nie cierpię swojego mieszkania - Część I". Pora na jego kontynuację. 



Gdy człowiek już przywyknie, że ściany są z tektury i słychać wszystko, że sąsiedzi wyrzucają z okien co popadnie, że remonty to prawie codzienność pozostaje tylko zaciskać zęby.
I tak sobie zaciskamy... Wspominałam, że obok przebiega wylotowa trasa z miasta? Och, pewnie nie. Mi osobiście to nie przeszkadza, bo mieszkam na górce, są drzewa, które te hałasy tłumią. Upss! Były drzewa, bo wycieli. Wycieli ich sporo, teraz słychać karetki, straż pożarną i inne uprzywilejowane pojazdy. Jednak to nic, bo jak są okna zamknięte to spoko, jak są otwarte to też spoko, bo dziennie przejeżdża ich tylko kilka. 
Nie wspomniałam, że za tą ulicą trochę niżej są tory kolejowe. Ba! Wiedzieliśmy, że te tory są i były nieczynne. No to od 2 lat już są czynne. Na początku raz dziennie przejeżdżał pociąg. Teraz te pociągi zapieprzają kilkanaście razy dziennie. Tak je wzięło by w tym roku jeździć i gwizdać. 

Wracając do ilości sąsiadów, to mam złotą myśl zapisaną na facebooku w tamtym roku....
Wystąpił tu mały błąd w obliczeniach, bo mieszkań jest 72. Ludzi jak mrówków, jak mawia mój starszak.

Dokładnie od tamtego roku, przestałam wytrzymywać nerwowo z sąsiadami. 
Nawet teraz gdy piszę ten tekst jest godzina 21:46, a sufit chyba też mam z tektury, bo sąsiedzi rozkładają łóżko (wiecie takie na kółkach). Słuchać to jakby miało to miejsce u mnie w pokoju.

Dlaczego nie wytrzymuję? Bo od tamtego roku jakoś w lutym wprowadzili się nowi sąsiedzi, a raczej kupili mieszkanie i jak to bywa przy takim przedsięwzięciu, robi się remont. To oni ten remont robili przez rok z hakiem. Dzień, w dzień DRRRRRR, WRRRRRR, DRRRRR. W pewnym momencie bałam się, że przewiercą mi się do salonu, oczami wyobraźni widziałam ich ściany pełne dziur. Miejsce przy miejscu. Bo ileż można kur## wiercić przez rok remontu w jednej ścianie? Jak się okazuje można ;)

Teraz już nie wiercą, dorobili się sprzętu i słuchają góralskiej muzyki, trochę to lepsze niż disco polo którego słuchają, w nocy inni sąsiedzi. Jednak na tyle denerwujące, że nie słyszę filmu na laptopie. Oczywiście policji nie wzywamy, bo znów będą tarabanili do drzwi domofonem i pobudzą dzieciaki. Nie zdziwiłabym się też, gdyby najpierw do nas zapukali jak mają to w zwyczaju...
Sąsiedzi zza ściany drzwi nie otwierają, a złapać ich też nie idzie by zwrócić im uwagę, bo czmychają niczym szczury. 

Mówię Wam, ubaw po pachy. Dochodzę do wniosku, że powoli dostaję pierd###a z przerzutami, może jakiejś hiper nadwrażliwości słuchowej, bo słyszę wszystko. Od odkurzania na górze u sąsiadów, po branie prysznica za ścianą i zamykania drzwi kabiny. Serio!
W mojej sypialni sąsiedzi mają łazienkę. Tzn. za ścianą... jak zaczynają się kąpać po 23 tak o 3 kończą i nawet słychać jak wieszają słuchawkę i zamykają, rozsuwają drzwi kabiny. 
Jak mieszkał wcześniej sąsiad, to nie było NIC słychać. Ojciec doszedł do wniosku, że pewnie się nie mył. 

Najbardziej nie lubię wracać po całodniowym wypadzie za miasto do czterech ścian. Ostatnio po powrocie około 21 okazało się, że gdzieś wiercą, a chcąc popracować przy otwartym oknie miałam ochotę puścić pawia, bo ktoś spalił cebulę. 

Ja wiem, że inni mogą pomarzyć o własnym mieszkaniu, ciasnym ale własnym, kredytowym ALE WŁASNYM. Jednak nie tego się spodziewałam i nie tak sobie wyobrażałam mieszkanie w wieżowcu. Miało być cicho i spokojnie... 

Może ktoś jeszcze ma tak wesoło jak ja i chciałby się podzielić swoimi przeżyciami. Ponoć w kupie raźniej się narzeka ;)

Pozdrawiam!

Paulina
Żółty szalik czyli filmowy czwartek

Żółty szalik czyli filmowy czwartek

Skoro mamy czwartek nie mogło zabraknąć postu filmowego. Dziś na tapecie polskie kino, które rzadko oglądam z różnych względów. Ten film wart jest uwagi i obejrzenia.


Żółty szalik 



Gatunek: Dramat

Czas trwania: 59 min

Produkcja: Polska 

Filmweb: 7,7/10

Rok produkcji: 2000 

Janusz Gajos wciela się w rolę szanowanego dyrektora dobrze prosperującej firmy. Od lat zmaga się z chorobą alkoholową, której napady są częste i dość intensywne. Krótkie epizody alkoholizmu rujnują jego cały świat. Dzień przed wigilią obiecuje swojej ukochanej, że rzuca picie, jednak jego plany nie układają się do końca tak jakby chciał.


Film krótki acz pełen treści, należy wspomnieć, że został nakręcony na potrzeby telewizji. Ciekawe i przemyślane dialogi, dobra obsada i gra aktorska. 
Kino w pełnej krasie ukazujące zmagania alkoholika z nałogiem, zakończenie ciekawe i dające nadzieję. 

Film bez limitów i rejestracji obejrzycie tu KLIK.

Pozdrawiam!

Paulina

Kochanek królowej czyli filmowy czwartek

Kochanek królowej czyli filmowy czwartek

Dziś na tapecie film kostiumowy. Jeden z takich gdzie mimo tego, iż grają aktorzy których większość i tak nie kojarzy robotę swoją wykonują doskonale. Lubie sobie od czasu do czasu obejrzeć taki film i Wam też polecam.

Kochanek królowej



Gatunek: Historyczny, Romans, Dramat

Czas trwania: 2 godz. 17 min

Produkcja: Czechy, Dania, Szwecja

Filmweb: 7,2/10★

Rok produkcji: 2012

Oparta na faktach historia młodej, duńskiej królowej Karoliny Matyldy Hanowerskiej, żony króla Christiana VII. Karolina została zeswatana z człowiekiem, którego nie znała. Jej wyobrażenia o przyszłym mężu były nad wyraz wyolbrzymione. Po podróży z Anglii do Danii, zauroczenie pryska niczym bańka mydlana. Król okazuje się być głupcem, lubiącym alkohol i dziewki. Jego stan psychiczny pozostawia wiele do życzenia, gdy Karolina powija dziecię, król wyjeżdża w podróż. W obawie o zdrowie możnowładcy, rada zatrudnia lekarza, który staje się najlepszym przyjacielem Christiana i kochankiem Karoliny.


Oglądając film było mi strasznie żal królowej, przyglądając się baczniej królowi można było stwierdzić, że pod maską szaleńca kryje się człowiek nieśmiały, bojący objąć władzę. Osoba lekarza jest bardzo ciekawym wątkiem, można przypuszczać, że zaprzyjaźnia się on z królem. Jednak pod maską przyjacielskości przemyca on swoje idee Oświecenia.
Film kostiumowy, klimatyczny, z dobrą grą aktorską. Scenariusz ciekawy i pełen ciekawostek historycznych. Polecam każdemu kto lubuje się w tego typu produkcjach.

Bez rejestracji i logowania, film znajdziecie tu KLIK.

Pozdrawiam!

Paulina

Upały czyli jak przetrwać. 13 sposobów!

Upały czyli jak przetrwać. 13 sposobów!

Jutro przywitamy lato! W końcu. Większość z nas nie może doczekać się pięknej pogody. Wiosna była deszczowa, a dla wielu osób wysokie temperatury i słońce to wymarzona pogoda. Nie cierpię upałów. Oczywiście nie narzekam, bo jak mi za gorąco myślę sobie o zimie, która niedawno była i od razu robi mi się troszkę lepiej, troszkę chłodniej i cieszę się, że jednak mamy ciepło. Bo któż nie lubi gdy jest ciepło? 



Co zrobić gdy od rana słońce smaży, jest duszno i gorąco?
Oto kilka rad, jedne znalazłam w internecie, inne są po prostu nabyte doświadczeniem, zaś jeszcze inne dyktowane chyba instynktem przetrwania.

1. Dużo pić! - wiadomo z autopsji, że podczas upałów należy organizm nawadniać. Można pić to co lubimy, wiadomo lekarze zalecają wodę, jeszcze inni gorącą herbatę z cytryną. Wiadomo nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie pił gorącego napoju ale to, ponoć pomaga. Dobra jest też lemoniada czyli woda z cytryną, soki warzywne, można również jeść owoce i warzywa, które mają dużo wody np. arbuzy, melony, ogórki i pomidory. 

2. Nie wystawiajmy się niepotrzebnie na słońce. Każdy chce korzystać z pięknej pogody, trochę się opalić i nacieszyć słońcem. Wszystko jednak z umiarem. Smarujmy się kremami z filtrem, zapobiegają one wysuszeniu skóry i oparzeniom słonecznym, na plaży zasłaniajmy się parawanem lub parasolem.

3. Ubierajmy się lekko i przewiewnie. Jasne kolory odbijają promienie słońca. Pamiętajmy też o odpowiednim obuwiu, stopy będą nam wdzięczne.

4. Dzieci bardziej odczuwają upał niż dorośli, gdyż są bardziej ruchliwe i więcej się pocą. Pamiętajmy o maluchach i podawajmy im płyny w każdej postaci.

5. Pamiętajmy o zwierzętach im również jest gorąco. W upalne dni zraszajmy futro pupilom wodą, zapewnijmy stały dostęp do wody.

6. Będąc na dworze starajmy się spacerować w cieniu i nie wychodźmy się opalać w godzinach 12-16. Choć ostatnio u mnie jest również upalnie o 17 i 18. Na wczorajsze zakupy byłam zmuszona wyjść dopiero po godzinie 19, wtedy było troszkę chłodniej i przyjemniej na dworze. Jeśli jesteśmy gdzieś na dworze dobrym pomysłem jest wejście by się ochłodzić do klimatyzowanego pomieszczenia, wiadomo, że będzie to jakiś sklep więc może i nawet skusimy się na małe zakupy ;)

7. Jedzmy lekko, nie gotujmy nic ciężkiego, nie uruchamiajmy zbędnie kuchenki lub piekarnika, bo wiadomym jest, że w ten sposób nagrzewamy mieszkanie.

8. Zasłaniajmy roletami, żaluzjami, bądź zasłonami okna by nie nagrzać mieszkania. 

9. Korzystajmy z dobrodziejstw elektroniki. Pamiętajmy, że warto jest skorzystać z wiatraczka lub wentylatora, chyba, że posiadamy klimatyzację ustawmy ją na kilka stopni mniej. Jeśli posiadacie nawilżacz powietrza, to śmiało możecie go uruchomić. Da on przyjemny chłodek i przy okazji nawilży duszne mieszkanie.

10. Pomocny będzie też szybki letni prysznic, zraszanie ciała wodą, przemywanie twarzy, zwilżanie karku. Gdy nie mamy takiej możliwości przydadzą mam się chusteczki nawilżone. 

11. Przed wejściem do samochodu pootwierajmy drzwi i wywietrzmy przez kilka minut, nawet jeśli później włączymy klimatyzację nasz organizm nie dozna gwałtownego szoku poprzez szybką zmianę temperatury i nie ucierpi na tym nasze gardło.

12. Na noc wywietrzmy porządnie mieszkanie, nie dość, że będzie nam się lepiej spało, to ochłodzimy mury. Śpijmy w satynowej bieliźnie lub pościeli. Choć jeśli możecie sobie na to pozwolić, polecam spać na golasa. 

13. Stosujmy kosmetyki chłodzące. One naprawdę pomagają, chłodzący żel do stóp, odświeżający żel pod prysznic czy chłodzący krem do ciała potrafią zdziałać cuda.

Nie dajmy się upałom, bo one za jakiś czas miną. 
Może macie jakieś sprawdzone sposoby na upały, którymi chcecie się podzielić?

Pozdrawiam!

Paulina
Filmowy czwartek w piątek. Imperium

Filmowy czwartek w piątek. Imperium

Przybywam do Was z postem filmowym. Wczoraj miałam problem z wgraniem się bloggera przez dłuższy czas i szlag mnie trafiał, więc odpuściłam. Mam nadzieję, że dzisiejsza mini recenzja wzbudzi w Was zainteresowanie. 

Imperium



Gatunek: Thriller 

Czas trwania: 1 godz. 49 min

Produkcja: USA

Filmweb: 6,1/10

Rok produkcji: 2016

Film oparty jest na prawdziwych wydarzeniach. 
Pracujący za biurkiem Nate Foster jest świeżakiem zasilającym szeregi FBI. Dostaje za zadanie przeniknięcie do grupy neonazistów. Jego celem jest infiltracja, rozpoznanie i uniemożliwienie wykonania toksycznej bomby.



Radcliffe po przeczytaniu kilku nazistowskich książek goli się na łyso i przyłącza się do paczki skinheadów by tamci wprowadzili go w środowisko. Nie ma co ukrywać, że łysi koledzy nie grzeszą rozumem, a ich głównym zajęciem jest picie piwa i lanie murzynów. Na szczęście udaje mu się poznać kogo trzeba.
Kino dość ciekawe, pokazujące struktury różnych organizacji nazistowskich. Oglądając film czekamy, aż główny bohater wpadnie, a sprawa się rypnie. Trzymamy kciuki za niego i z zainteresowaniem śledzimy akcję. Jak dla mnie film dobry więc go polecam, jednak końcówka mogła zostać bardziej dopracowana.
Film bez rejestracji i logowania znajdziecie tu KLIK.

Pozdrawiam!

Paulina
Zastanówcie się czy naprawdę chcecie mieszkać w wieżowcu. Dlaczego nie cierpię swojego mieszkania - część I

Zastanówcie się czy naprawdę chcecie mieszkać w wieżowcu. Dlaczego nie cierpię swojego mieszkania - część I

Dlaczego nie cierpię swojego mieszkania? Może się to Wam wydać dziwne ale nie znoszę go z wielu powodów, a z roku na rok jest gorzej. Co raz bardziej cierpię z tego powodu, zagryzam zęby i marzę o jak najszybszej wyprowadzce. Choć w praktyce będzie ciężko, jednak do zrobienia ale o tym kiedy indziej ;)



Mamy własne mieszkanie od 6 lat ale gdybym miała ten rozum, a tamte lata, to bez wahania wybudowalibyśmy się!

Od kilku lat mam dość mieszkania w wieżowcu, ciągłe remonty sąsiadów, kilku miesięczny remont windy, potem jednak wymiana (dwóch) która trwała rok. Potem wymiana instalacji, wymiany okien przez sąsiadów, wymiana elewacji i co tam jeszcze sobie we wspólnocie wymyślą. Do tego muzyka, często i gęsto po godzinie 23, 1, 2, a nawet 3 w nocy, która jest ciężka do zlokalizowania gdy ma się nad sobą 10 pięter.  Dają mi nieźle w kość...
Wiosną i latem ratuję się ucieczką z domu, jesienią i zimą jest troszkę gorzej, a najgorzej gdy człowiek się rozchoruje i potrzebuje ciszy i spokoju. Albo gdy dzieciaki są chore, człowiek nie śpi w nocy, a za ścianą sąsiad robi w żelbetonie szwajcarski ser.
Gdy kupowaliśmy mieszkanie nie braliśmy pod uwagę liczby sąsiadów. Liczyła się lokalizacja, bliskość przychodni, sklepów, szkoły, okolica oraz oczywiście cena. 

Pamiętam to podekscytowanie gdy oglądaliśmy mieszkanie, rozmawialiśmy z właścicielką, że cicho, spokojnie, ciepło i co roku są zwroty za ogrzewanie, no i napaliliśmy się jak szczerbaty na suchary. Minusem dla mnie była mała kuchnia ale marzenie nasze o własnym kącie było na wyciągnięcie ręki. To nic. Dam radę myślałam, nie jestem zwolenniczką gotowania. Tylko do głowy mi nie przyszło, że dorobię się dwójki dzieci, a mężczyźni moi pokochają jeść, a ja się wezmę za gotowanie.

W ciągu roku od zamieszkania nie działo się prawie nic, zrobiliśmy szybki remont, na tyle na ile nas było stać. Mieszkaliśmy przez pewien czas w jednym pokoju ale spoko bo to 26m2, a Pierworodny nie miał dwóch lat. Kuchenkę przez pewien czas miałam turystyczną i stała na stole w przedpokoju. Pokój dziecięcy to była graciarnio-złomiarnia, nawet stała tam lodówka. To wszystko nic, bo to w końcu nasze, a nie wynajmowane. Nie za duże, bo niespełna 50m2 ale nasze! Wyremontowane własnymi siłami. Od czasu wprowadzenia się w październiku do grudnia skończyliśmy prawie wszystko, włącznie z pokojem dziecięcym. Podczas dni gdy zbijaliśmy stare kafle w kuchni i wierciliśmy, wieszaliśmy kartkę, że będzie głośniej ze względu na remont i skończymy wiercenie w godzinach które przewidziane są w regulaminie wspólnoty. Raz pan od sprzątania zwrócił nam uwagę, że worek był dziurawy i sypał się tynk po podwórku robiąc ścieżkę do śmietnika. Spoko. Przeprosiliśmy, posprzątaliśmy. 

Na początku musiałam przyzwyczaić się, że słyszę jak sąsiad wali bąki w wannie, czasem gdy kichnął w łazience odruchowo człowiek mówił na zdrowie. Dziwne, to jakieś ale TAK, nie miałam zielonego pojęcia, że będzie tak wszystko piekielnie słychać. 
Sąsiedzi z góry okazali się alkoholikami-awanturnikami. No cóż, takie mamy szczęście i wszędzie gdzie mieszkaliśmy sąsiedzi z góry tłukli się po alkoholu. Tu jest troszkę gorzej, bo sąsiad się wkurza i wychodzi, potem żona nie chce go wpuścić i tarabani domofonem. Jak już dostanie się na klatkę, to tarabani kolejnym domofonem (każde piętro oddzielone jest drzwiami z domofonem), a gdy już wejdzie to wali w drzwi. Nie raz całą noc. Policja była kilka razy ale o tym zaraz, napiszę też dlaczego już jej nikt nie wzywana. Sąsiedzi obok, a jest jeszcze 5 mieszkań przestali reagować, po tym jak doszło do kilku bójek. Zwyczajnie czekamy aż sąsiadom przejdzie. 

Kolejną ciekawostką było dla mnie wyrzucanie mebli przez okno. Na początku wkurzałam się że lecą pety i butelki, jajka i torebki pełne różnych rzeczy. Wiadomo mieszkam na parterze, pod oknem mam kawałek trawnika + parking, na którym kilka lat temu było sporo miejsca do parkowania. Szoku doznałam pewnego dnia gdy będąc w domu coś spadło. Bałam się podejść do okna. Był to czas gdy w wiadomościach przewijały się informacje, że ktoś wyskoczył z wieżowca. Po jakimś czasie przemogłam się i wyjrzałam bo pomyślałam, że może trzeba będzie wezwać policje/pogotowie, a ludzie o tej porze są w pracy. No i moim oczom ukazała się rozpieprzona komoda. Zarejestrowałam sobie w głowie, że lepiej nie wychylać się przez okno i nie wchodzić na trawnik, bo można czymś oberwać. 

Wracając do wzywania policji, to sąsiedzi po libacji alkoholowej byli bardzo głośni, przewracali meble, aż w końcu ktoś zaczął krzyczeć, że ktoś kogoś morduje. Byliśmy roztrzęsieni, Ojciec chciał iść ale zabroniłam mu. Wezwaliśmy policję. Było bardzo późno, Pierworodny już smacznie spał, po dłuższym czasie od telefonu, nagle zadzwonił domofon. Otworzyliśmy go raz, a potem drugi. Do naszych drzwi zapukało dwóch policjantów. Ojciec wdał się w rozmowę, a panowie przyszli najpierw do nas, bo to my wzywaliśmy i chcieli żeby ich zaprowadzić i pokazać gdzie mordują. Także było ciekawie. 

Oczywiście to nie koniec rewelacji i opowieści o mieszkaniu w wieżowcu.

CDN...

Pozdrawiam!

Paulina

Państwo młodzi: Chuck i Larry czyli filmowy czwartek

Państwo młodzi: Chuck i Larry czyli filmowy czwartek

Skoro mamy czwartek, to pora na film. Dziś na tapecie komedia, przy której można dobrze się bawić.

Państwo młodzi: Chuck i Larry



Gatunek: Komedia

Czas trwania: 1 godz. 50 min

Produkcja: USA 

Filmweb: 6,7/10

Rok produkcji: 2007

Młody wdowiec Larry wychowuje dwójkę dzieci, jego przyjaciel Chuck jest zatwardziałym kawalerem. Oboje pracują w nowojorskiej straży pożarnej. Chuck ma dług wdzięczności wobec kumpla, który uratował mu życie podczas jednej z akcji. Oczywiście dość szybko przychodzi pora na rewanż. Larry zmaga się z biurokracją podczas której musi wskazać beneficjenta polisy na życie i niestety nie mogą to być jego dzieci. Wpada na pomysł w którym w urzędzie deklaruje swojego przyjaciela jako partnera życiowego. Zadaniem Chucka jest podpisanie kilku papierków, a cała sprawa ma zostać tylko między nimi. 




Komedia lekka i co najważniejsze zabawna. Dobór aktorów sprawia, że film fajnie się ogląda. Jest dużo zabawnych sytuacji, można by rzec że kino z morałem i przekazem, iż kłamstwo nie popłaca. Jeśli chcecie wiedzieć czy głównym bohaterom uda wybrnąć się z kłamstwa i co z niego wyniknie to polecam. Taki odmóżdżacz na czwartkowy wieczór.

Bez limitów i rejestracji film znajdziecie tu KLIK.

Pozdrawiam!

Paulina

Małe podsumowanie maja.

Małe podsumowanie maja.

Pogoda w maju była w kratkę... no dobra była do dupy. Początek miesiąca i plany na majówkę połowie ludzi nie wyszły. Wszyscy zastanawiali się czy wyciągnąć z piwnicy sanki czy odpalać grilla. Nie było śniegu, słońca też nie, więc nie wiadomo jak te wolne dni ogarnąć. Ci z większym pechem zaplanowali sobie na majówkę wolne i tym sposobem zahaczyli o 5 dni chujo**j pogody plus weekend. Samo życie :P

*źródło kwejk.pl

Mnie aż nosiło żeby coś ze sobą zrobić, padało, wiało i ogólnie było kaszaniasto. Przeżyliśmy. W połowie miesiąca żywiłam nadzieję, na poprawę pogody, jednak synoptycy usilnie próbowali mnie z tego stanu wybić. Nie dałam się. Od 20 maja moja wiara i nadzieja odrodziły się z promieniami słońca. Przez dwa dni było ładnie i wiosennie, potem kaszana, a później BUM i nastało lato. Ot tak, bez ostrzeżenia.
Cieszę się niezmiernie, jednak mimo pięknej pogody to dupa jeszcze zimowa. 
Nie mam jakiegoś tam ciśnienia by się odchudzać, nie posiadam wagi. Ojciec wyrzucił, bo miałam pierdyknięcie na kontrolę wagi. Jednak czuję, że przybrało mi tu i tam. Będąc w Międzyzdrojach, w rodzinnym domu, popędziłam się zważyć. Przeczucie mnie nie zawiodło i na wadzę ukazało się 4 kilo na plusie.
Wyszedł mi smażony makaron z serem żółtym ;) Uwielbiam i nic nie poradzę, że makarony i sery to moje najulubieńsze jadło.
Wracając do wagi, przy moim wzroście to jeszcze nie dramat, liczę na to, że samo spadnie. Nie mam ciśnienia na odchudzanie. Chyba zmądrzałam ale ten makaron z serem odstawiłam ;)
Wracając do pogody w maju, to do samego końca miesiąca dopisywała. Dzięki temu w ostatni weekend wybraliśmy się do mojej Babci do Międzyzdrojów. 
Naładowaliśmy bateryjki, odpoczęliśmy psychicznie, udało nam się trochę opalić, zajadaliśmy lody kręcone. To jest obowiązkowy punkt, gdy jestem nad morzem. Wpadliśmy na obiadek do Babci, zrobiliśmy rundki po mieście, ciesząc się jego urokami. Tak nam zleciało szybko, że zatęskniliśmy do wakacji. 
Zobaczymy co przyniesie czerwiec, liczę na wypad nad morze, oczywiście by odwiedzić rodzinkę, na ładną pogodę ale mam cichą nadzieję, że upałów nie będzie. Bo ich nienawidzę!
Zostawiam Wam kilka fotek z wypadu nad morze, żebyście mogli sobie powzdychać ;)




Moja trójca, cudnie i grzecznie się bawiąca ;)



To ostatnie zdjęcie wyszło bardzo pięknie, udało mi się wejść na teren, na którym powstanie hotel. Furtka była uchylona, więc skorzystałam z okazji, bo widok piękny.


Następnym razem obiecuję, że będę robiła zdjęcia specjalnie pod bloga. Bo mało robię zdjęć plenerowych, a więcej dzieciaków. Jestem trochę jak mały chińczyk gdy dopadnę się do robienia zdjęć, a dzieciom robię ich miliony.

Mam nadzieję, że maj jakoś Wam zleciał.

Pozdrawiam!

Paulina

Filmowy czwartek zostaje!

Filmowy czwartek zostaje!

Cześć kochani!

Zmiana tematyki bloga, nie wpłynie na czwartkowe recenzje filmowe i polecone przeze mnie filmy. Dziś kino lekkie i sympatyczne.

Kocha, lubi, szanuje


Gatunek: Dramat, Komedia, Romans

Czas trwania: 1 godz. 58 min

Produkcja: USA

Filmweb: 7,4/10

Rok produkcji: 2011

W wieku 40 lat Cal, który dotąd prowadził spokojne i pełne harmonii życie dostaje od losu pstryczka w nos. Jego idealna żona z którą znają się od szkoły średniej przyprawia mu rogi i chce rozwodu. Życie Cala lega w gruzach. Od tego czasu jest częstym bywalcem pubu gdzie obserwuje toczące się życie i stara się pozbierać. Pech chce, że zapoznaje tam Jacoba. Wiecznego singla, mężczyznę który lubi podrywać kobiety na jedną noc, a one lgną do niego jak muchy. Cal zaczyna pobierać nauki od Jacoba jak być wyluzowanym singlem i randkować, a jego ostatnia randka miała miejsce w latach 80.




Film z gatunku sympatycznych. Będzie na czym oko zawiesić i fanki Rayana Goslinga się ucieszą. Będzie trochę smutno, bo główny bohater mimo iż fajny, to jednak życie mu się skomplikowało. Będziemy go żałować że mu się tak wszystko pokiełbasiło. Główny bohater trochę sierotowaty, a Stive Carrel doskonale się do takich roli nadaje. To wszystko okraszone będzie humorem i pozwoli się widzowi oderwać od rzeczywistości.

Bez rejestracji i limitów znajdziecie go tu KLIK.

Pozdrawiam

Paulina
Dzień dziecka! Czy prezenty są najważniejsze?

Dzień dziecka! Czy prezenty są najważniejsze?

Jeśli macie dzieci, to to święto Was dotyczy, ewentualnie jeśli mentalnie odczuwacie potrzebę świętowania, to śmiało i bez krępacji świętujcie :)



W internecie huczy od opisów i recenzji prezentów jakie TRZEBA kupić, TRZEBA dać, TRZEBA i już!

Ja wiem jak spędzimy dzisiejszy dzień, tak żeby było miło i sympatycznie. Jednak są tacy rodzice albo rodzina, wiecie ciocie, wujkowie, którzy mają ciśnienie na to by prezent DAĆ. No bo u niektórych się utarło, że dać trzeba nie tylko swojemu dziecku ale tym w rodzinie i przyjaciółki dziecku też. Serio.

W internecie znajdziemy wszystko i te polecone zabawki przez blogerów i te sponsorowane, co sklep dał za free i prosi o polecenie.

Każdy, no dobra prawie każdy ma ciśnienie. Bo TRZEBA tego dzieciora obdarować.
Trochę to przykre, a trochę wymuszone, bo TRZEBA, tego dnia coś dzieciakowi wcisnąć żeby przykro mu nie było, bo inni dostają to i nasze też musi.

Musi? Otóż nie musi. Wiadomo, wolna wola i każdy daje to na co go stać, to na co może sobie pozwolić ale czy koniecznie trzeba dzieciakowi wciskać w rękę zabawkę, książkę, czekoladę czy jakąś zbędną pierdołę. 

Dziecko cieszy się z prezentów, ZAWSZE. Choć starsze niekoniecznie ze wszystkich, bo ma w głowię listę zabawek które musi mieć, bo chce, bo sobie wymarzyło. Oczywiście czeka na ten Dzień Dziecka, bo może jednak dostanie to czego pragnie. Nagle BUM! Dostaje książkę dla niego gówno wartą ale mamusia sobie tak wymyśliła, dostaje kolejne auto, których na półce jest od groma, dostanie zabawkę którą ktoś kupił w markecie bo trzeba coś dać... 
Wyliczać dalej? Chyba lepiej nie bo klawisze by mi się wytarły od wymieniana bzdur jakimi można obdarować dziecko.

Pomyślcie co by uszczęśliwiło Wasze dziecko. Wiecie? Ja wiem co uszczęśliwi moje dzieciaki.

Zamiast rzeczy materialnych obiecałam im piknik gdzieś w plenerze, daleko od domu, tam gdzie jeszcze nie były. Wspólnie spędzony czas na opychaniu się lodami, oglądaniu bzdurnych bajek, robieniu głupich rzeczy. Oczywiście wszystko w granicach rozsądku.

Dalej uważacie, że zajebista zabawka to coś co wspaniałego i niezastąpionego? Trudno. Każdy robi tak, jak uważa za słuszne. 

Życzę Waszym pociechom wszystkiego najlepszego w Dniu Dziecka. 
Życzę im, by rodzice mieli więcej czasu dla nich. Na zabawę, rozmowę, spacer czy obejrzenie głupiej bajki. 
By ten wolny czas poświęcili swoim najukochańszym Skarbom. 

Pozdrawiam!

Paulina

Znudzenie, wypalenie, marazm... czyli blogowy zastój.

Znudzenie, wypalenie, marazm... czyli blogowy zastój.

Cześć kochani!

W ostatnim czasie zaniedbałam bloga... 
Przyznaje się bez bicia, że oprócz braku czasu na pisanie brak mi też weny i motywacji. 
Człowiek weźmie na siebie mnóstwo obowiązków i ciągle sobie dokłada, wszystkim chce dogodzić, a na blogowanie już czasu brak.




Powiem Wam, że ciężko mi było się zabrać do pisania. Myślałam, już nawet nad tym żeby sobie bloga darować. Oprócz dwójki dzieciaków, mam full pracy, obowiązków, ciągle gonię za spełnieniem marzeń i jakoś się kręci.
Podziwiam dziewczyny, które łączą pracę z domem, blogiem, obowiązkami i całą resztą.

Ostatnio w moim życiu dużo się dzieje, blog jakoś do tego wszystkiego słabo pasuje. Ta myśl kotłowała się w mojej głowie dość długo. Aż tu nagle przyszło olśnienie. Czy ja to wszystko lubię, czy lubię pisać o tym o czym piszę? 
Tematyka kosmetyczna jest nudna, jak flaki z olejem. Lubię się dzielić swoją opinią na temat używanych produktów jednak... Właśnie jakoś mi to nie pasuje. Dużo jest blogów o tej tematyce. Ekspertką nie jestem i nigdy nie będę, tak samo jak nie mam zamiaru wymądrzać się odnośnie wychowywania dzieci. Takich blogów też dużo. Fachowo to parenting się zwie. Język sobie idzie połamać już od samego wymawiania. Co blog mama to mądrzejsza, odnośnie szczepionek, kupek, karmienia, wychowywana. Od razu przeproszę moje koleżanki, które się parają tą tematyką, bo mogą poczuć się urażone. Skwituję to jednak tym, że ja się nie znam i to też nie dla mnie, blogowa dziedzina. Bo nie czuję się upoważniona by doradzać. Mogę napisać jak to jest u mnie ale żeby zaraz doradzać i być guru za którym ślepo podążają inni. Co to, to nie! 
Przejdźmy teraz do tego co lubię, a lubię rzeczy wiele od kosmetyków, wiem, to już było i się nie powtórzy, tak często jak to miało miejsce. Zakupów, tak wiem każda kobieta je lubi, tylko zasobność portfela ogranicza. Książek ale takich recenzji pisać nie umiem, prędzej bym się "pochlastała" niż coś napisała, po filmy. Oj tak, lubię te swoje filmowe czwartki. Powiem Wam, że nawet się wtedy w sobie spinam żeby coś naskrobać. Coś, co przypadnie czytelnikom do gustu. Szkoda tylko, że tak mało osób zagląda na blogi w poszukiwaniu recenzji filmowych. 
Jednak najbardziej z tego wszystkiego lubię swoje życie ;) 
Może nie jeżdżę na Malediwy, może nie jestem idealną Matką z instagrama, która ma w domu jak w muzeum ale zapewniam Was, że jest ono intensywne, na pełnych obrotach. Latam, to tu, to tam i czasu na wszystko brak. Borykam się tak jak większość z nas z przygodami dnia codziennego, mam milion pomysłów na minutę. Więc może o tym?
Poukładałam sobie trochę w głowie. Wiem że blog to moje miejsce, oczywiście też dla Was ale to ja mam mieć ochotę na pisanie, lubić to i pisać o tym, a nie siadać z bólem serca i brakiem ochoty.
Nie wiem czy spodobały Wam się posty szczędnościowe ale zapewniam Was, że po coś one są. Będzie więcej różności i ogólnie pojętego lajfstajlu.
Rąbka tajemnicy uchylę niedługo. Wymyśliłam sobie (jak to ja) pewną rzecz jeśli chodzi o blogowanie, więc kciuki mile widziane.

Pozdrawiam! 

Paulina
Mr. Brooks czyli filmowy czwartek

Mr. Brooks czyli filmowy czwartek

Cześć kochani!

Ostatnimi czasy prosiliście o recenzje thrillera, mam nadzieję, że dzisiejszy spełni Wasze oczekiwania.

Mr. Brooks


Gatunek: Thriller

Czas trwania: 2 godz

Produkcja: USA 

Filmweb: 7,4/10

Rok produkcji: 2007


Earl Brooks jest odnoszącym sukcesy mężczyzną po 40. Ma cudowną rodzinę, pieniądze i własną dość sporą firmę, którą budował od podstaw. Posiada również mroczny sekret... 
Jego alter ego o imieniu Marshall każe mu mordować, jednak nie robi tego od tak, a jest do tego doskonale przygotowany. Pewnego dnia przez swoje niedopatrzenie zostaje sfotografowany i szantażowany. Jedyne czego pragnie szantażysta to dorównać mu w zbrodni.


Film jest ciekawy i trzymający w napięciu. Główny bohater charakterystyczny, bo jak tu nie lubić Kevina Costnera ;)
Kino ukazujące skomplikowaną ludzką psychikę. Człowiek mający wszystko, któremu czegoś brakuje tworzy wyimaginowanego przyjaciela, sumienie, kata który nakazuje mu popełniać zbrodnie. Niby główny bohater nie lubi mordować tylko czy aby na pewno?

Film 10 letni więc już dość stary, jednak klimatyczny i godzien uwagi. Jeśli nie mieliście okazji go oglądać, to polecam.
Bez limitów i rejestracji obejrzycie sobie tu KLIK.

Napiszcie jaki filmy z Costnerem lubicie najbardziej, może jest coś czego nie miałam okazji oglądać.

Pozdrawiam 

Paulina

O mnie

Moje zdjęcie

Matka dwójki urwisów, szczęśliwa żona i spełniona kobieta. 

Z miłości do... wszystkiego co piękne i kobiece.

Z miłości do... pasji, książek, zakupów, dobrego kina, pysznego jedzenia, dbania o siebie.

Z miłości do... mojego małego świata <3

Google+ Followers

Obserwatorzy

Copyright © 2014 Z miłości do.... lifestyle , Blogger